New born

Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale jednak.

Opory były ogromne, bo przecież i konkurencja ogromna, blogów tryliony, lepszych kucharek i kucharzy ode mnie biliony i tak dalej i tak dalej… Było tysiąc powodów żeby tego nie robić. Aż do momentu kiedy mąż postanowił zrobić żonie prezent urodzinowy. W postaci… bloga kulinarnego. I kazał pisać. Żona oczywiście nie słuchała, prośby o postach ignorowała – bo przecież się nie nadaje, bo konkurencja ogromna, blogów tryliony……… i tak wracamy do początku. A potem żona w ciążę zaszła. I już nastroje były różne, pracy dużo, zmęczenie częste, jak to więc mieć czas na pisanie. No więc postanowione zostało, że L4 będzie czasem idealnym na rozwój kulinarny. L4 nadeszło, wpisy jednak nie. Żona wykazywała wyjątkową odporność na bodźce płynące z perswazji i namawiań męża. Więc mąż przestał namawiać, zaś zaczął (chyba) cierpliwie czekać. No i nadszedł dzień kiedy żona nagle zaczęła robić zdjęcia tego, co powstawało w kuchennych zakamarkach – ot tak, na wszelki wypadek. Nawet zaczęła spisywać składniki swych kulinarnych tworów.

W efekcie, 21 lipca, 40 dni do planowanego przyjścia na świat Basi urodził się ten pierwszy powitalny post.